Sierpniowy maraton z Elgoriuszem – część 3. – plener na Pustyni Błędowskiej i zapomniany pasażer.

Sierpniowy maraton z Elgoriuszem – część 3. – plener na Pustyni Błędowskiej i zapomniany pasażer.

Po porannych przygotowaniach wyruszyliśmy w drogę na Pustynię Błędowską z myślą, że najgorsze już za nami. Faktycznie, niewiele brakowało, by nic nas tego dnia nie zaskoczyło…

Ludzi jak mrówek

Opel z nowiutkim czujnikiem ciśnienia oleju jechał przodem. Kiedy skręciliśmy z Kacapem z głównej trasy na piaskową drogę prowadzącą do Pustyni Błędowskiej, lekko zaniemówiliśmy. Wiecie, ciepło, ładnie, sobota, największa pustynia w Polsce… To idealne miejsce na zdjęcia, ale i na rodzinny wypad. Tłum to mało powiedziane. Przez 1,5 km leśnej drogi stały zaparkowane na poboczu samochody, rodziny z dziećmi, wózki, pieski… Tak, jakby oczywistym było, że ludzi będzie dużo, ale żadne z nas jakoś wcześniej o tym nie pomyślało. Nawet jeśli znaleźlibyśmy miejsce na przyczepę, to jak młody ogier arabski ma sobie poradzić w takich warunkach?

Wjechaliśmy Oplem na pewniaczku pod sam piasek pustyni w nadziei, że będzie tam miejsce dla Opla i Jeepa z przyczepą. Najdziwniejsze jest to, że było. Było jakby idealnie wyliczone, jakby ci wszyscy ludzie specjalnie parkowali wzdłuż drogi, żeby zostawić nam miejsce. Postawiliśmy opla i stanęliśmy obok, żeby “zaklepać” miejscówkę dla naszych gwiazd programu.

Koński rollercoaster

Oliwka z Elgoriuszem w przyczepie zostali daleko w tyle. Leśna droga była pełna wielkich dziur, co nie jest ok, kiedy ciągnie się przyczepę z koniem. Oczyma wyobraźni widziałam już najgorsze scenariusze, myślałam, jak nim tam telepie, jak się denerwuje i zaczyna szczerze nienawidzić tę grubą ciocię z aparatem, przez którą zawsze ma jakieś dziwne przygody. W końcu udało im się do nas dołączyć i zaparkować obok. Elgoriusz był trochę zdziwiony teleportacją na pustynię, ale miałam wrażenie, że przyjął to wszystko na klatę. Wsunął trochę siana, napił się wody i już mieliśmy wyciągać go z przyczepy, ale naszą uwagę przyciągnął samochód, który stał obok…

Zapomniany pasażer

Po prawej stronie od Jeep’a stał kilkunastoletni mercedes. Nie byłoby w nim nic specjalnego, gdyby nie leżący na tylnej kanapie pies. Mały, rudy piesek zamknięty w aucie stojącym na nieosłoniętym od słońca wejściu na Pustynię Błędowską. Nie muszę chyba mówić, że to nie był rześki poranek, tylko środek gorącego dnia. Cała nasza plenerowa ekipa odstawiła zdjęcia na bok i zaczęła zastanawiać się, jak go stamtąd wyciągnąć. Przez delikatnie uchyloną szybę nie dało się włożyć ręki, a nikt z obecnych nie przyznał się ani do samochodu, ani do pieska. W końcu ktoś z uczestników pleneru odważnie pociągnął za klamkę w drzwiach mercedesa. Auto było otwarte, więc pies bardzo szybko znalazł się na piasku w cieniu Jeeep’a.

Ta zniewaga krwi wymaga!

Uratowaliśmy psa, Elgoriusz odstąpił mu trochę wody, ale co dalej? Kogo to pies, czy w ogóle powinniśmy mu go oddać, a jak nie, to co z nim zrobić? Gdy kobiety rozmyślały nad dalszym planem, Kacap stał przy Mercedesie i rozglądał się.

Wtedy przyszli oni, cali na biało. Dwójka ludzi zabrała nam psa, tłumacząc, że o nim zapomnieli i przecież byli tylko chwilę na spacerze. To była długa chwila, bo my byliśmy już na pustyni od co najmniej pół godziny, a ich auto już wtedy stało zaparkowane. Po ostrzejszej wymianie zdań wsiedli i pojechali.

Makijaż za konia!

W końcu przyszedł czas na wypakowanie Elgoriusza z przyczepy. W tym tłumie ludzi czuł się jak ryba w wodzie. To koń stworzony do zadań specjalnych! Dzielnie pozował nam do zdjęć, pięknie wykonując wszystkie sztuczki oraz spokojnie stał, gdy robiliśmy mu przerwy.

Podczas jednej z takich przerw podeszła do nas inna fotografka ze swoją modelką i zapytała, czy mogłyby strzelić kilka fotek z koniem w tle. Tutaj odezwała się przedsiębiorczość Oliwii, która sprawnie wymieniła Elgoriusza na nowy make-up u makijażystki, która była na miejscu przy tamtej sesji zdjęciowej.

Odświeżona Oliwka w pięknej, długiej, brzoskwiniowej sukni wyglądała obłędnie. Wkręciliśmy się w zdjęcia i zapomnieliśmy, że nam też przyda się przerwa.

A gdyby to mogło trwać wiecznie?

Z części zdjęciowej sprawnie przeszliśmy do części degustacyjnej. Całą ekipą zasiedliśmy przy food tracku, by w końcu coś zjeść. Nim się obejrzeliśmy, słońce było już nisko nad horyzontem, więc porzuciliśmy jedzenie i szybko zabraliśmy się na piasek. Słońce zachodzące tego dnia było naprawdę piękne, a Oliwia i Elgoriusz skąpani w jego promieniach jeszcze piękniejsi! To była zdecydowanie moja ulubiona część pleneru. Te galopy w sukni na tle zachodu! Sama bym chciała mieć takie zdjęcia! Niestety nie tym razem i nie przy tej wadze, poza tym, nie było co się rozpływać, bo na drugi dzień czekała nas pobudka o czwartej rano i dojazd do kolejnej plenerowej lokalizacji, a do stajni dotarliśmy dopiero po 22:30…

 

A prócz filmu podrzucam kilka fotek, które strzeliłam podczas tego pleneru, na dowód, że pomimo tylu przeciwności, to naprawdę nam się udał!